TRYB JASNY/CIEMNY

Translate

Gertrud von le Fort i "Chusta Weroniki" - fragmenty wspomnień wieloletniego przyjaciela pisarki


 

Dwa wielkie doświadczenia przygotowały mnie na spotkanie z Gertrud von le Fort: choroba zagrażająca życiu oraz lektura jej książki „Chusta Weroniki”.

To drugie miało swoją długą historię. Jeszcze w czasie, gdy pracowałem w Immenstadt, odwiedził mnie dr Winkler, dyrektor wydawnictwa Kösel, chcąc pozyskać moją powieść Die Hammerschmiede dla czasopisma Hochland. Zaczął opowiadać mi o Gertrud von le Fort, a kiedy zorientował się, że jej nie znam, usilnie nalegał, abym nadrobił to zaniedbanie.

- To kobieta egzaltowana - powiedział. - Musi się pan koniecznie z nią zapoznać!

W takich sytuacjach miałem zawsze w zanadrzu tylko jedno zdanie z Natana [Lessinga]: „Kto musi? Żaden człowiek nie musi musieć”.

Tak więc Chustę Weroniki, którą wkrótce potem mi przysłał i która ukazała się nakładem wydawnictwa Kösel, pozostawiłem nietkniętą. Następnie przeniosłem się do Kornau, gdzie całkowicie pochłonęło mnie zadanie kierowania szkołą jednoklasową. A potem, drugiej jesieni mojego pobytu tam, wybuchła najstraszliwsza ze wszystkich dotychczasowych wojen.

I tak się stało, że dopiero pod koniec roku 1940 sięgnąłem po książkę oprawioną w czerwone płótno, na której grzbiecie widniało nazwisko Gertrud von le Fort. Czy było to przeczucie, że nadchodzący rok zaprowadzi mnie do samej poetki i zwiąże mnie z nią na przeszło trzydzieści lat?

Otworzyłem więc książkę i przeczytałem:

„Pieśnią mojej młodości była pieśń małej rzymskiej fontanny, która swój delikatny strumień wlewała w omszałą marmurową czaszę starożytnego sarkofagu, …”

Natychmiast napełniło mnie brzmienie tej czarująco młodej, a zarazem starej fontanny, a czytając dalej, zostałem wciągnięty w giętkie, srebrzyste światło stylu i w życie równie odległe od rzeczywistości, jak głęboko w niej obecne. Stopniowo odsłaniał się przede mną wspaniały świat tej książki, której rozkołysana architektura zdawała się poprzez wszystkie sfery świadomości wznosić ku tajemnicy Boga.

Czy to była jeszcze powieść? Ba, czy to była jeszcze w ogóle literatura? Oczywiście, dzieło zostało ukształtowane z najwyższym i najbardziej subtelnym kunsztem, a jednak zdawało się, że wcale nie zależy mu na tym, by być sztuką. Była to mistyczna wizja pełna tajemniczej jasności - jasności, która nie pochodzi z ziemskiego powietrza, lecz z wewnętrznego eteru; jasności, która wyraziście zarysowuje każdy szczegół, a zarazem wynosi nas ponad wszelką zwyczajną miarę.

Nie ulegało wątpliwości: dzieło to zostało skonstruowane z jasnym rozumieniem, wszystkie proporcje właściwie rozłożone, wszystkie akcenty postawione z niemal senną pewnością; a jednak nad całością panowało coś, co można było określić jedynie za pomocą paradoksalnego wyrażenia Hölderlina: „trzeźwe upojenie”.

A potem - porywająca perspektywa ku górze, ku ostatecznemu punktowi, do którego zmierzają wszystkie rzeczy, ku Bogu, przenikała całe dzieło. Bóg był miarą, według której mierzono tu wszystko. A ponad wszystkim jasne, srebrzyste skrzydło gołębicy Łaski!

Jakąż znajomość ludzkiej duszy posiadała ta kobieta, jak przenikliwie widziała charaktery, ich słabości, ich głupotę, ich pozory i wykręty, ich najgłębsze ułomności! Czyż nie mierzyła każdego - i to wzrokiem orła - i czyż nie mierzyła każdego Bogiem? Czy spotkanie z tym spojrzeniem, które odkrywało w człowieku wszystkie jego skrytości, nie było niczym stanięcie przed sądem?

A w ogóle - kim była ta kobieta?

Czy była wizjonerką, posłanką Boga w szacie poetki? Czy została posłana, aby wyprowadzić poezję poza nią samą, ku sferze, w której inspirują ją już nie Muzy, lecz aniołowie — wielcy aniołowie przenikający wszystko swym spojrzeniem?

Powiedziałem kiedyś Josephowi Bernhartowi: „Chciałbym przemienić sztukę w religię”, na co on odpowiedział:

„Niech pan nie zapomina: artysta zobowiązany jest wobec kosmosu, człowiek religijny - wobec sfery Boga”.

Tutaj jednak zdawało się urzeczywistniać właśnie to, co wówczas miałem na myśli.

Kim była ta kobieta?

Czy była Weroniką (Zwierciadełkiem), która w miłosnej czułości zatracała się we wszystkim i stawała się wszystkim? Czy była Babunią, dumną i szlachetną sercem, która w heroicznej samotności i opanowaniu do dna wypiła kielich przeznaczenia? Czy była Enziem, którego wizja poety wyniosła ponad niego samego, a który jednak nie zapuścił prawdziwych korzeni w tym, co Boskie? Czy była Edelgart, która aż po granicę obłędu opierała się łasce, by w końcu przebić się ku ocaleniu?

Musiała być nimi wszystkimi, inaczej nie zdołałaby nadać tym postaciom owej, chciałoby się powiedzieć, nadprzyrodzonej prawdy. A zarazem musiała być kimś więcej: tą, która ogarniała to wszystko z góry i przenikała wzrokiem; tą, która pojmowała wszystko w jego zespoleniu z Bogiem i Jego łaską i potrafiła ją przedstawić.

Działało tu coś nadludzkiego. Pióro prowadzone przez Ducha, dla którego nigdzie nie znajdowałem miary, którą można by je zmierzyć.

3 stycznia 1941 roku zapisałem w swoim dzienniku:

„Czytałem Chustę Weroniki Gertrud von le Fort.

Scena z Enziem w Koloseum, potem wizja Chrystusa oraz noc i poranek z Edelgart.

Potężne, objawiające wrażenie! Otwiera głębokie warstwy ludzkiej istoty i ludzkiego bytu, nie tracąc przy tym świadomości, wyczucia ani rozumienia żadnej z nich. Za każdą tajemnicą kryje się zawsze jeszcze głębsza tajemnica.

Dla mnie jest to jedno z najważniejszych dzieł literatury współczesnej — i coś więcej niż literatura. Nie powieść, lecz prawdziwe objawienie”.

Stało się to tuż przed drugim z wydarzeń, które miały mnie przygotować [na spotkanie z Gertrud von le Fort], a które pod koniec tego samego stycznia spadło na mnie niespodziewanie. Zapadłem na ciężką, gwałtownie postępującą chorobę, wymagającą natychmiastowej operacji. Kiedy odkryto niebezpieczeństwo, wydawało się już, że jest za późno, i znalazłem się w stanie zagrożenia życia, który trwał kilka tygodni. Zarazem jednak przyniosło mi to doświadczenie wielokrotnego, następującego krótko po sobie przekraczania progu - jedno z najdonioślejszych doświadczeń mojego życia.

Przez całe osiem tygodni choroby trwałem w przedziwnym stanie jakby oderwania od zmysłów, który nie ustąpił również później, gdy powróciłem już do starego budynku szkoły w Kornau; utrzymywał się jako niezwykle wzmożona wrażliwość na wszystko, co działało we mnie w ukryciu.

W takim właśnie stanie musiałem to odebrać, gdy wkrótce po moim powrocie nadeszło kilka słów napisanych ręką mojej poprzedniczki w szkole w Kornau. Donosiła mi, że Gertrud von le Fort od niedawna znów przebywa w Oberstdorfie i zamieszkała w Landhaus Fischer przy Freibergstraße.

Natychmiast odżyło we mnie wszystko, czego doświadczyłem podczas lektury tej wielkiej powieści. Czy nie powinienem skorzystać z okazji i poszukać z nią kontaktu? Czy rozsądnie było wystawiać się na przenikliwe spojrzenie tej wizjonerki? Ale kimże byłem, gdybym nie odważył się tego uczynić?

Był tydzień przed Wielkanocą — czas poważnych postanowień. Nadszedł Wielki Czwartek. Zebrałem się na odwagę, usiadłem i napisałem do niej. Powiedziałem, że właśnie wyzdrowiałem, że zostałem niejako wypuszczony z objęć śmierci, że krótko przed tym wydarzeniem przeczytałem jej powieść z zachwytem i głębokim wzruszeniem oraz że pragnąłbym móc złożyć jej uszanowanie.

Byłem jednak jeszcze zbyt osłabiony, aby odbyć drogę z Kornau do Oberstdorfu — trwała przecież wojna i nie było żadnych środków transportu, ponieważ zarówno konie, jak i samochody znajdowały się w rękach Wehrmachtu — dlatego tym razem chciałem jedynie przesłać jej pełne wdzięczności pozdrowienie.

Na znak tego pozdrowienia dołączyłem swoją niedawno wydaną nowelę Das Menschenbild.

List został wysłany. Pozostawało czekać, czy przyniesie jakiś skutek, czy też adresatka otoczy się milczeniem i zakreśli wokół siebie ochronny krąg.

Po Wielkanocy nadeszła odpowiedź.

 

List Gertrud von le Fort

 

Oberstdorf, 24 kwietnia 1941
Landhaus Fischer

Wielce Szanowny Panie Miller!

Z powodu ciężkiej grypy dopiero dziś mogę podziękować Panu za Pański list, który sprawił mi wielką radość.

Również przepiękny wiersz, który dołączył Pan do listu, napełnił mnie wdzięcznością; poruszył mnie do głębi.

Oczywiście już od dawna nie był mi Pan kimś obcym i bardzo chętnie wkrótce Pana odwiedzę. Niestety również moje zdrowie pozostawia obecnie wiele do życzenia, choć nie jest ze mną aż tak źle jak z Panem. Przebywam tutaj z powodu przewlekłego zapalenia oskrzeli, które wskutek grypy ponownie przybrało ostrą postać. Przez jakiś czas będę więc musiała zachowywać ostrożność przy wychodzeniu z domu, a także poczekać na cieplejszą pogodę.

Mam jednak nadzieję, że w ciągu maja będę mogła przyjąć serdeczne zaproszenie, które skierowali do mnie Pan i Pańska małżonka. Chciałabym w związku z tym prosić, aby - kiedy tylko znajdzie Pan chwilę - napisał mi Pan, jak najlepiej do Państwa dotrzeć: czy samochód jadący do doliny Walser przejeżdża obok Państwa domu i gdzie, jeśli tak, powinnam wysiąść? Napisałabym wówczas do Pana jeszcze raz, aby umówić się na konkretny dzień.

Bardzo się cieszę na tę wizytę! Tak rzadkim szczęściem jest możliwość spotkania się poety z poetą — z pewnością możemy sobie nawzajem wiele ofiarować!

Z najlepszymi życzeniami pełnego powrotu do zdrowia po ciężkiej chorobie oraz z serdecznymi pozdrowieniami dla Pana i Pańskiej małżonki

Pańska
Gertrud von le Fort

 

Pierwsze spotkanie

To było więcej, niż się spodziewałem. Nie było tu żadnej granicy wynikającej z pozycji społecznej ani pochodzenia. Patrzyłem na pismo, jak gdyby owiane tchnieniem Ducha, unoszące się w lekkich, pełnych wdzięku kształtach, i byłem uszczęśliwiony. Była to ręka wielkiej kobiety. Wkrótce miałem ją ujrzeć twarzą w twarz.

A stało się to szybciej, niż przypuszczałem. Powrót do zdrowia postępował szybko i już po niedługim czasie mogłem zapowiedzieć swoją wizytę w domu Fischerów.

W towarzystwie Magdaleny, z bijącym sercem, wszedłem do żółtego domu przy Freibergstraße i wspiąłem się po schodach na pierwsze piętro. Co się stanie, kiedy spocznie na mnie nieprzekupne, przenikliwe spojrzenie poetki? Czy cała moja niedoskonałość nie będzie przed nią leżała jak na dłoni?

Zbliżały się moje czterdzieste urodziny; ów dzień, o którym mówi się, że dopiero wtedy Szwabowie naprawdę dochodzą do rozumu. Gertrud von le Fort wyprzedzała mnie o ponad ćwierć wieku; w październiku tego roku miała obchodzić swoje 65. urodziny.

Na moje dzwonienie drzwi otworzyła młoda blondynka, która służyła u Gertrud von le Fort. Poprowadziła nas biegnącym na wschód korytarzem, skierowanym ku ulicy; stały tam regały z książkami, a na ścianach wisiały ciężkie, ciemne ryciny rzymskie.

Minęliśmy kuchnię, której drzwi stały otworem. W środku siedziało tuż obok siebie pięć pięknych rudych kotów angorskich. Następnie dziewczyna zaprosiła nas do pokoju od frontu po prawej stronie, który służył Gertrud von le Fort zarazem za salon i gabinet do pracy. Wskazała nam miejsca i poprosiła, abyśmy zaczekali na baronową.

Pokój miał swoistą, przytulną, niemal staroświecko-mieszczańską atmosferę. Biła ona od mebli i od obrazów i obrazków wiszących na ścianach. Był to świat Zwierciadełka. Widniała tam duża rycina przedstawiająca rzymski Panteon, widok Rzymu od strony Kampanii, następnie barwna rycina Heidelbergu z mostem na Neckarze i pięknymi ruinami zamku, a dalej surowy, niemal uroczysty wizerunek św. Katarzyny ze Sieny oraz wykonany pastelami portret matki - subtelny, niezwykle żywy, sprawiający, że dawno zmarła stawała się niemal całkowicie obecna: delikatna, uduchowiona twarz o nieco gorzkich ustach i jasnych, błękitnych oczach, którym cierpienie zdawało się nadać szczególny blask.

„Miała wiele poczucia humoru” — opowiadała o niej poetka; wspominała jednak również o pewnej „osobliwej melancholii”, w którą matka potrafiła czasami popadać, jak gdyby stanowiła ona przeciwwagę dla owego humoru. I właśnie ta melancholia, melancholia właściwa w ogóle każdemu człowiekowi szlachetnego ducha, zdawała się utrwalona w portrecie.

Na ścianach wisiało jeszcze kilka miniaturowych portretów, zapewne członków arystokratycznej rodziny. Biurko stało w głębi pokoju, a w jednym z jego narożników piękne rośliny ozdobne tworzyły niewielki domowy ogród.

Siedzieliśmy przy stole, niedaleko jednego z dwóch okien wychodzących na ulicę. Stąd, ponad sąsiednimi domami, rozciągał się widok na okolice Seealpsee oraz otaczające je ściany górskie i szczyty, wciąż jeszcze pokryte wiosennym śniegiem, lśniące w blasku późnopopołudniowego słońca. Z każdą upływającą chwilą napełniały się złotem i purpurą.

Po krótkiej chwili milczącego oczekiwania pojawiła się Gertrud von le Fort. Weszła tymi samymi drzwiami, którymi wcześniej przybyliśmy, i powitała nas z uprzejmą serdecznością.

Była niewysoką kobietą, odzianą w prostą, wytworną szarą suknię, z której lekko bufiastych rękawów wyłaniały się jej smukłe przedramiona i dłonie mające w sobie niemal coś dziecięcego.

Jej pełna ducha twarz - o arystokratycznym nosie, wysokim czole i delikatnych, wrażliwych rysach pomiędzy mocnymi brwiami - otoczona była wysoko ułożoną chmurą srebrzystych włosów. Usta wyrażały subtelną stanowczość. Cała głowa sprawiała wrażenie, jak gdyby skupiało się w niej oblicze długiego szeregu szlacheckich pokoleń, które jeszcze raz przelały w nią samą istotę swojego ducha.

Najbardziej niezwykłe były jednak oczy. Promieniowała z nich szara, kryształowa jasność, a otaczał je jasny krąg. Patrzyło się w nie, nie znajdując w nich właściwie żadnego punktu zaczepienia. Nie tryskały ogniem ani nie jaśniały ogrzewającym blaskiem duszy. Miały w sobie coś nietykalnego i nieuchwytnego.

Nie były badawcze ani przenikliwe, jak sobie wcześniej wyobrażałem; nie wychodziły też ku człowiekowi ciepło ani nie obejmowały go kobiecą serdecznością. Były przyjazne, uprzejme, pełne zdystansowanej serdeczności — ani chłodne, ani ciepłe.

Przyjęła nas otwarcie, jak gdyby o każdym człowieku potrafiła myśleć wyłącznie dobrze. Nie zachowywała żadnego świadomego dystansu; zachowywała się całkowicie swobodnie, ze swoją prostą wytwornością. A jednak otaczał ją krąg ochronny, którego nie sposób było przekroczyć. Biła od niej jasność, delikatna i niemal kryształowa, która powstrzymywała człowieka przed wtargnięciem w tajemnicę jej duszy.

Przy nikim człowiek nie czuł się tak bezpiecznie jak przy niej. Otwierała przed gościem przestrzeń; sama jednak nie naruszała tej przestrzeni. Można było przy niej swobodnie oddychać i nie odczuwało się skrępowania.

Dziewczyna nakryła do stołu i przyniosła herbatę oraz drobne wypieki. Baronowa sama nalewała nam herbatę, lekko podciągając rękawy ponad drobne ramiona. Wszystkie jej ruchy były pełne wdzięku i subtelnej wytworności. Nigdzie nie było w niej wielkiego gestu właściwego jej dziełom.

Prowadziła rozmowę z inteligencją i lekkością, bez najmniejszego zacięcia czy chwili zawahania; człowiek czuł się przez nią niejako niesiony. Z treści tej rozmowy pozostały mi już tylko ślady: kiedy zapytała o moje zdrowie, przeszliśmy do rozmowy o duchowej sytuacji współczesności i o tym, jak należy ją postrzegać z perspektywy spraw wielkich.

Przeczytała moją nowelę i spodobała jej się. Magdalena wspomniała o Joachimie z Fiore, o jego przepowiedni epoki Ducha Świętego, w której wszystkie dawne formy miały się rozpaść i miała nastąpić bezpośrednia bliskość rzeczy Bożych. Ja sam chciałem dostrzec w dziełach naszej gospodyni powiew tego Ducha; nie pamiętam jednak, o czym rozmawialiśmy później.

Wraz z dziewczyną, która przyszła sprzątnąć ze stołu, do pokoju wkroczyły dwa spośród wspaniałych rudych kotów angorskich: Huschi i Muschi, o ile dobrze pamiętam ich imiona. Poruszały się ze szlachetną swobodą i pozwalały swojej pani je pieścić.

- Gdyby były szare - powiedziałem - byłyby to towarzyszki zabaw Zwierciadełka z Chusty Weroniki.

- Ależ to właśnie one - odpowiedziała baronowa. - Trzeba było tylko nieco zmienić ich wygląd, żeby zachować ich incognito.

Kiedy pożegnaliśmy się, zabierając ze sobą ponowione zapewnienie o przyszłej wizycie w Kornau, czuliśmy, jak gdyby wewnątrz nas stało się jaśniej i wznioślej, i przepełniała nas spokojna radość.

Tak też pozostało przez ponad trzydzieści lat naszej znajomości i przyjaźni. Nasza relacja była zawsze przyjazna i oparta na zaufaniu, w późniejszych latach również serdeczna, nigdy jednak nie przerodziła się w bliskość serc i odczuwalne ciepło, z wyjątkiem jednej godziny, o której jeszcze opowiem.

Nie było między nami żadnej widocznej bariery, nigdy też nie okazała gestu obrony ani wycofania, a jednak wnętrze tej kobiety pozostawało niedostępne.

Nie można było dotrzeć dalej niż do jej przedsionków, jasnych i przyjaznych.

Nigdy nie widziałem jej w chwili gwałtownej radości ani głębokiego bólu. Istnieją między ludźmi, którzy wiedzą, że łączy ich przyjaźń, a niewątpliwie byliśmy z nią zaprzyjaźnieni,  takie chwile, gdy nagle podnosi się zasłona duszy i rozbłyskuje owo „Ja jestem tobą”, owo najgłębsze ludzkie wzajemne rozpoznanie, o którym właśnie jej pisma dają tak cudowne świadectwo. Między nami taka chwila nigdy nie nadeszła. Czy inni przeżyli ją z nią?

Nigdy nie słyszałem, by wzdychała pod ciężarem czegoś trudnego albo się skarżyła. Było tak, jak gdyby mieszkała w samotności czy też oddaleniu tak wielkim, że przestawało się je odczuwać jako samotność.

Czy gdzieś w bezkresnym wszechświecie ludzkości istniał ktoś, kto należał całkowicie do niej i do kogo ona sama należała? Nigdy nie pojawiła się najmniejsza wskazówka, że taki człowiek istniał.

Ale jak mogła unieść życie w takiej samotności? Czy było tak, że choć do wszystkich ludzi zwracała się z życzliwością, w tym, co stanowiło jej najgłębszą istotę, związana była jedynie z Muzą albo z Bogiem?

Dla nas była i pozostała wielką zagadką.

Kiedy w swojej książce Niewiasta Wieczna pisała, że istotą kobiety jest pozostawanie zasłoniętą, sama była taka bardziej niż wszystkie inne kobiety: przed szukającym spojrzeniem pozostawała ukryta za gęstymi, srebrzystymi zasłonami.

Na tych zasłonach łagodnie igrały światło i barwy; miały w sobie coś z blasku gęsto opadającej fontanny, która otula chłodem serce stojącego przed nią w zachwycie człowieka.

Raz po raz zadawało się sobie pytanie: czy ta dama, otoczona arystokratyczną subtelnością, jest rzeczywiście Gertrud von le Fort? Tą Gertrud von le Fort, która przemierzała wszystkie wyżyny i głębiny duszy i serca, i nie zatrzymywała się, dopóki nie natrafiła na promień Bożej łaski? Czy była to ta Gertrud von le Fort, która w swoich hymnach, porwana ponad samą siebie, wyznawała to, co się w niej dokonało:

„Jak morze pochłania wyspę, tak ja pochłonęłam Ciebie, aby wylać Cię z siebie w wieczność”.

Wyspa - samotna, niedostępna wyspa!

Kiedyś, gdy zachwycałem się oszałamiającą wysokością jej intuicji, powiedziała mi:

„Często sama już za sobą nie nadążam”.

Wiadomo, że artysta jest instrumentem, na którym gra ktoś inny - Bóg albo demon - który bierze instrument do ręki, a potem znów go odkłada; odłożony zaś instrument sam z siebie nie jest już zdolny wydobyć żadnego dźwięku.

Dotyczy to nie tylko artysty, lecz także mistyka, a chwile oświecenia okupione są tym gęstszą nocą, opuszczeniem i zagubieniem. Artysta nie jest swoim dziełem; znika pod nim, co więcej - często tym bardziej jest gotowy na przyjęcie natchnienia z góry, im bardziej pozwala sobie samemu pogrążyć się we własnej nicości. Na tym polega jego ofiara.

Często sławi i opiewa właśnie to, czego sam nie posiada. A przecież posiada to - i nie tylko w chwilach uniesienia. Światło, które w nim mieszka, płomień, który go rozpalił, pozostawiają po sobie blask, który nawet w zwyczajnych godzinach wciąż jeszcze potajemnie prześwieca z jego wnętrza.

Owej ostatecznej, bezwarunkowej, wszystko zwyciężającej i pochłaniającej miłości, która przenika każde dzieło Gertrud von le Fort, można było oczekiwać także w jej rysach, można było oczekiwać, że ujrzy się ją jaśniejącą w jej oczach, że pod wpływem szlachetnej serdeczności da się ją przywołać - a jednak ani przez chwilę nie było to możliwe. I to właśnie stanowiło wielką zagadkę.

A przecież raz - zarówno mnie, jak i mojej żonie - dane było przeżyć zapierającą dech chwilę: pośrodku rozmowy jasne, szare oko nagle otworzyło się niezmiernie szeroko i zaraz potem stało się zupełnie ciemne, ciemniejsze niż najgłębsze morze, było to jednak doświadczenie niezgłębionej otchłani, która w swej niepojętości pozostała tajemnicą.

Dlatego też nie zachowałem w pamięci naszych rozmów. Wielokrotnie siedzieliśmy naprzeciw niej przy stole w Landhaus Fischer, podczas gdy potęga pobliskich gór niemal wdzierała się do wnętrza pokoju. Powtarzało się to również później, kiedy przeprowadziła się do wygodniejszego, choć mniej kameralnego mieszkania w Haslach.

Poruszały nas przygnębiające wydarzenia współczesności, nieszczęsny rozwój wojny, której niszczycielskie zakończenie mieliśmy przed oczami, rosnące zagrożenie spowodowane ekscesami narodowego socjalizmu. Rozmawialiśmy o sprawach ducha, literatury i religii, opowiadaliśmy sobie nawzajem o swojej pracy i staraliśmy się pomagać sobie w codziennych trudnościach.

Początkowo w naszych dopiero co nawiązanych stosunkach nastąpiła przerwa. Z wielkim trudem udało mi się uzyskać pozwolenie na wyjazd do Włoch i na początku maja wyruszyłem z Magdaleną nad jezioro Garda, aby w tym czarującym południowym świecie nabrać nowych sił.

Jeszcze przed naszym wyjazdem rozpoczęła się nasza korespondencja, która miała następnie trwać przez ponad trzydzieści lat.

 

- fragment książki Arthura Maximiliana Millera, Listy przyjaźni z Gertrud von le Fort

tłumaczenie: Anna Maternowska-Frasunkiewicz

 

Komentarze

Polecane posty

Copyright © Mama lingwistka