TRYB JASNY/CIEMNY

Translate

„Oto nadchodzę! Kim jestem?” – młoda Sigrid Undset

 


„Oto nadchodzę! Kim jestem?” – młoda Sigrid Undset

Miała szesnaście lat, kiedy w lipcu 1898 roku pisała do swojej przyjaciółki Dei: „Z charakteru jestem zarozumiała, próżna; kiedyś sądziłam, że mam dobrą głowę…”. Trudno o bardziej charakterystyczne otwarcie portretu młodej Sigrid Undset. Jest w nim coś, co pozostanie z nią na całe życie: bezwzględna uczciwość wobec samej siebie, połączona z ogromną świadomością własnej wartości. Młoda Sigrid potrafiła być jednocześnie Narcyzem i inkwizytorem - zachwycić się własnymi ustami oglądanymi w lustrze, a chwilę później sporządzić bezlitosny katalog swoich wad.

Jej młodość nie była młodością beztroską. Sigrid czytała zachłannie, uwielbiała teatr, chodziła na wystawy, obserwowała ludzi i nieustannie analizowała samą siebie. Koncerty interesowały ją mniej, ponieważ uważała się za „nieopisanie niemuzykalną”. Nie lubiła balów, choć nie dlatego, że gardziła zabawą. Przeciwnie - muzyka taneczna budziła w niej bolesne pragnienie uczestnictwa, ale Sigrid nie umiała tańczyć i była przekonana, że nie potrafiłaby robić tego pięknie. Nie chciała wystawiać się na śmieszność. Nawet jako dwudziestolatka uznała, że jest już za stara, aby nauczyć się tańczyć.

To drobny szczegół, ale bardzo wiele o niej mówi. W młodej Sigrid istniała niezwykle silna potrzeba zgodności między tym, co wewnętrzne, a tym, co zewnętrzne. Nie chciała robić czegoś tylko dlatego, że robią to inni. Nie chciała nosić tego, co wypadało nosić młodej dziewczynie, zachowywać się tak, jak należało się zachowywać, ani pragnąć tego, czego - według otoczenia - powinna pragnąć.

Matka, Charlotte Undset, chciała widzieć córkę w młodzieńczych kolorach, choćby w ładnej czerwonej sukience. Sigrid wybierała czerń: prostą czarną suknię, staromodny sztywny lniany kołnierzyk z koronkowym brzegiem, duże mankiety, srebrną szpilkę we włosach i różę na piersi. „To mi pasuje” - stwierdzała.

Nie była to wyłącznie kwestia gustu. Sigrid miała poczucie, że pewien sposób ubierania się jest dla niej niemal koniecznością. Żywe barwy i młodzieńcza swoboda wydawały jej się obce. Potrafiła zachwycać się martwą naturą w książce czy na wystawie, sama jednak chciała pozostawać nieruchoma, opanowana, skupiona.

Matka nie zawsze to rozumiała.

Relacja z Charlotte była jednym z najważniejszych napięć młodości Sigrid. Córka bardzo ją kochała i przede wszystkim nie chciała zrobić niczego, co byłoby - jak sama mówiła - „grzechem przeciw Mamie”. Jednocześnie niemal wszystko w matce potrafiło ją drażnić. Sigrid była przekonana, że patrzy na świat zupełnie inaczej niż ona i niż jej siostra Ragnhild. Ragnhild interesowali aktorzy, tańce i ludzie; miała dar spontanicznego zachwytu nad innymi. Sigrid takiego daru w sobie nie znajdowała.

Charlotte po śmierci męża znalazła pocieszenie w chrześcijaństwie. Sigrid patrzyła na to wówczas z dystansem. Matka - jak ironicznie pisała - „oczywiście znalazła ukojenie w chrześcijaństwie i w poglądach przez nie usankcjonowanych”. Ona sama jeszcze tego ukojenia nie znała.

Najczęściej milczała. Od czasu do czasu następował jednak gwałtowny wybuch szczerości, który musiał zaskakiwać, a może i niepokoić Charlotte.

Najbardziej bolało Sigrid poczucie, że matka widzi w niej kogoś, kim ona sama się nie czuje. Charlotte zdawała się uważać córkę za spokojną, nieśmiałą marzycielkę, zadowoloną z książek i własnych fantazji, może trochę niezgrabną, może stworzoną do cichego, samotnego życia. Tymczasem pod tą spokojną powierzchnią znajdował się prawdziwy kocioł pragnień.

Sigrid miała dwadzieścia lat i od trzech lat pracowała u Wisbecha w ciemnym biurze wychodzącym na podwórze przy Stortingsgaten 4. Każdy dzień zaczynał przypominać poprzedni: biuro, dom, książki, spacery, fantazje i tęsknota.

I właśnie wtedy pojawiło się dramatyczne pytanie: jak wydobyć coś z życia?

Sigrid czuła, że jej egzystencja przypomina kierat. Najdotkliwsza była samotność. Nie znała - jak pisała - ani jednego człowieka należącego do „tej samej rasy” co ona, nikogo, z kim łączyłoby ją choć jedno naprawdę wspólne uczucie. A kiedy wracała do domu, słyszała od matki, że przecież ma dobre życie i że zapewne właśnie do takiego życia najlepiej się nadaje.

Sigrid buntowała się przeciw temu całą sobą.

Nie była bowiem skromną dziewczyną przekonaną o własnej przeciętności. Przeciwnie. Uważała, że jest kimś.

Potrafiła również bez skrępowania powiedzieć, że uważa się za ładną. Przyjaciółce opisywała własną wysoką, mocną sylwetkę, piękne dłonie, wspaniałe jasnobrązowe włosy, całkiem ładne oczy oraz usta, które - jak pisała - „są tak piękne, że czasami, kiedy patrzę na siebie w lustrze, sama się im dziwię”.

A zaraz potem uruchamiał się jej wewnętrzny inkwizytor.

Twarz była zbyt okrągła. Włosy zbyt sztywne, żeby można je było ładnie upiąć, choć rozpuszczone sięgały jej niemal do kolan. Źle stawiała stopy. Musiała poruszać się powoli, bo tylko wtedy wyglądała dobrze. Uśmiech był ładny, ale śmiech już nie. Kokieteria zupełnie do niej nie pasowała.

Ta niezwykła mieszanina dumy i bezlitosnej samooceny pokazuje dziewczynę bardzo młodą, a jednocześnie zdumiewająco świadomą własnej osobowości. Sigrid nie tylko patrzyła w lustro. Ona nieustannie próbowała zobaczyć samą siebie - odkryć, kim właściwie jest i kim powinna się stać.

„Oto nadchodzę!” - mogła myśleć z triumfem, by chwilę później pytać z rozpaczą: „Kim jestem?”

Szczęście odnajdywała właściwie tylko w samotności i w naturze. Wtedy jej nieustanna samoobserwacja na chwilę ustępowała. Potrafiła całkowicie zanurzyć się w świecie: chłonąć „światło, barwy, szelest liści, plusk podziemnych wód, słońce i cienie”. Nazywała ten stan szczęściem, „nirwaną”. Natura pozwalała jej zapomnieć o sobie.

Ale największym problemem pozostawała miłość.

Sigrid była romantyczką, choć romantyczką osobliwą. Potrafiła zakochać się w postaci zmyślonej albo zachwycić kobietą, która wydawała jej się niezwykła. Prawdziwego zakochania jednak nie znała. A bardzo chciała je poznać.

Nie interesowała jej miłość spokojna i rozsądna. W młodzieńczych wyobrażeniach pragnęła miłości absolutnej. Mężczyzna mógłby być surowy, dumny, nawet brutalny - byle pozostał wierny i nigdy nie przestał kochać.

Problem polegał na tym, że żaden rzeczywisty mężczyzna nie wydawał jej się wart takiej miłości.

Studenci, kadeci, inżynierowie, księgowi - i, jak sama dodawała bezceremonialnie, „idioci” - pojawiali się w jej otoczeniu, ale żaden nie wzbudził w niej nawet pragnienia, by spotkać się z nim ponownie czy spędzić z nim więcej niż pięć minut.

Matka mogła więc dojść do wniosku, że córka po prostu nie została stworzona do małżeństwa. Sigrid doprowadzało to do furii.

„Myślę - Boże dopomóż - że ona całkiem poważnie sądzi, iż zostałam stworzona do tego zakonnego życia” - pisała, mając na myśli życie spędzone wśród tych samych kilku kobiet, z niedzielnymi wizytami u kolejnych znajomych.

Nie, Sigrid chciała być kochana. Chciała, aby mężczyźni ją podziwiali i zabiegali o nią. Nie zamierzała jednak zadowolić się byle kim. Wszystko, czego wymagała, ujmowała pozornie skromnie: „odrobina ducha, rozumu i wdzięku w męskim sposobie myślenia”.

Wygląd miał mniejsze znaczenie. Mężczyzna mógł być nawet brzydki.

W końcu jej ukochany Gentile della Luna również był brzydki.

Gentile nie był jednak żywym człowiekiem. Był renesansowym hrabią, którego marmurowe popiersie wyrzeźbił Mino da Fiesole w 1461 roku. Sigrid znała jego gipsowy odlew z Galerii Narodowej i w wieku dwudziestu lat właśnie jemu oddała swoją wyobraźnię. Smukła twarz widziana z profilu, harmonijne rysy i loki okalające głowę bardziej ją pociągały niż wszyscy spotykani młodzi mężczyźni.

Czy naprawdę istnieją mężczyźni odpowiadający jej pragnieniom - zastanawiała się - „czy istnieją tylko samce?”

Było w tym wiele młodzieńczej przesady, ale za ironią kryło się poważne pytanie o własne powołanie jako kobiety.

W pewnym momencie doszła wręcz do przekonania, że „bycie kobietą to nieszczęście”. Jeśli kobieta wychodzi za mąż - źle. Jeśli nie wychodzi - również źle.

A jednocześnie pewnego dnia podczas pobytu u krewnych w Drøbak dostała na ręce nowo narodzoną córeczkę młodej ciotki. Mogła ją rozbierać, pielęgnować, zajmować się nią. I nagle wszystkie jej ponure rozważania rozsypały się wobec zwyczajnej radości płynącej z obecności dziecka.

Następnego dnia intelektualny niepokój powrócił:

„…dzieci właściwie powinny mieć wszystkie kobiety - ale skąd je wziąć?”

Pytanie o miłość wracało więc bezustannie.

W tym samym czasie dokonywało się jednak coś jeszcze, co dla przyszłej pisarki miało okazać się niezwykle ważne.

Sigrid odkryła stare duńskie pieśni średniowieczne.

Nazwała je swoją „księgą ksiąg i źródłem wiecznego życia”.

Jej fascynacja była tak osobista, że niemal jej strzegła. Nie chciała, aby inni wiedzieli, jak wiele te utwory dla niej znaczą. Zwierzała się jedynie Dei. Porównywała pieśni różnych narodów i bezlitośnie wydawała im wyroki. Niemieckie wydawały jej się zbyt nastrojowe: ciągle miłość, ale bez działania. Angielskie uważała często za banalne i drwiła z łagodnych „gentle ladies”, które w przeddzień ślubu z odpowiednim kandydatem nie mają odwagi uciec z ukochanym minstrelem, ponieważ byłoby to niestosowne.

Takie kobiety nie interesowały Sigrid.

W duńskich balladach znalazła coś zupełnie innego: silnych, prawdziwych mężczyzn i słabych, niestałych chłopców; gorące, kochające dziewice i ostre, chłodne, skore do śmiechu młode dziewczęta. Nie było tam wygładzonego świata salonów. Były ciało, ziemia, praca, miłość, zdrada, dom, śmierć, wierność i namiętność.

Przede wszystkim jednak było tam życie.

Sigrid zachwycała się tym, że religia tych pieśni również nie jest abstrakcyjna. Bóg staje się w nich człowiekiem „z krwi i kości”. Szlachcic nie jest romantycznym dworzaninem, lecz panem, który sam idzie za pługiem. Człowiek jest związany z gospodarstwem, ziemią i ojcowizną niemal zwierzęcym instynktem. Życie przeżywa się bardziej zmysłami niż rozumem.

I tutaj młoda Sigrid zaczyna niezwykle przypominać pisarkę, którą stanie się kilkanaście lat później.

Ziemska zmysłowość i religia. Ciało i duch. Kobieta pragnąca miłości i macierzyństwa. Mężczyzna poddawany bezlitosnej próbie charakteru. Dom i ziemia. Wierność i zdrada. Średniowiecze pozbawione sentymentalnego lukru. Bóg, który wchodzi w materialność ludzkiego życia.

Wszystko to znajdziemy później w jej twórczości.

Na razie jednak Sigrid Undset nie jest jeszcze wielką pisarką ani przyszłą laureatką Nagrody Nobla. Jest dwudziestoletnią urzędniczką siedzącą w ciemnym biurze, dziewczyną o jasnobrązowych włosach sięgających niemal kolan, która ubiera się na czarno, czyta średniowieczne ballady, zakochuje się w renesansowym popiersiu, tęskni za miłością i nie potrafi znaleźć człowieka, który byłby jej godny.

Czuje się uwięziona w zwyczajnym życiu, a jednocześnie nosi w sobie świat znacznie większy niż ten, który ją otacza.

Może właśnie dlatego pytanie młodej Sigrid brzmi tak przejmująco. Z jednej strony jest w nim cała pewność siebie młodości:

„Oto nadchodzę!”

A zaraz potem pojawia się drugie:

„Kim jestem?”

Odpowiedź przyjdzie dopiero później. Ale patrząc na dwudziestoletnią Sigrid z perspektywy jej przyszłego życia, można zobaczyć, że wiele elementów tej odpowiedzi już w niej było: namiętne umiłowanie średniowiecza, nieufność wobec sentymentalizmu, fascynacja konkretem i cielesnością ludzkiego istnienia, głód wielkiej miłości, zainteresowanie macierzyństwem, niezwykle wysokie wymagania stawiane mężczyznom, przywiązanie do ziemi i domu, a przede wszystkim bezlitosna potrzeba prawdy.

Młoda Sigrid jeszcze nie wiedziała, co z tym wszystkim zrobić.

Ale materiał, z którego miała powstać Sigrid Undset, był już niemal w całości obecny.

___

Tekst opracowano na podstawie książki: Gdiske Anderson, Sigrid Undset - et liv

Komentarze

Polecane posty