TRYB JASNY/CIEMNY

Translate

Jak przetłumaczyć „Krystynę, córkę Lavransa” sto lat później?

 



Od przemiłych Pań, które miałam szczęście poznać w Muzeum Sigrid Undset, otrzymałam niezwykle cenny prezent: jedenaście roczników „Gymnadenii” – pisma wydawanego co roku przez Towarzystwo Sigrid Undset w Norwegii.

Bogactwo zgromadzonych w nich tekstów jest tak wielkie, że jeszcze tego samego dnia nie mogłam oprzeć się pokusie i zaczęłam czytać. I niemal od razu natrafiłam na prawdziwą perełkę: niezwykle interesujący artykuł poświęcony duńskiemu przekładowi Krystyny, córki Lavransa.

Temat zafascynował mnie od pierwszych stron – zwłaszcza że pokazuje, przed jakimi wyborami staje tłumacz, próbując przenieść do innego języka nie tylko treść powieści Undset, lecz także jej średniowieczny świat, rytm języka i historyczne brzmienie.

Chciałabym więc podzielić się z Wami kilkoma fragmentami tego artykułu – i przy okazji zajrzeć trochę za kulisy pracy tłumacza Krystyny, córki Lavransa.

„Przekładać Krystynę, córkę Lavransa na duński w latach 20. XXI wieku”

Niels Brunse

Było dla mnie zaskoczeniem, kiedy wydawnictwo Gyldendal w Kopenhadze dwa lata temu zapytało mnie, czy chciałbym przełożyć na język duński wielkie dzieło Sigrid Undset Krystyna, córka Lavransa. Choć w ciągu mojego dość już długiego życia jako tłumacz i pisarz przyswoiłem duńszczyźnie około 250 książek i tekstów teatralnych z różnych języków, norweski nie należy do języków, które są moją szczególną domeną. Poza pięcioma sztukami Henrika Ibsena na mojej liście przekładów właściwie nie ma literatury norweskiej, a sam norweski jest językiem, który potrafię jedynie czytać i rozumieć, lecz którym nie mówię.

Nie wiedziałem również zbyt wiele o Sigrid Undset. Właściwie nigdy wcześniej niczego jej autorstwa nie czytałem, choć oczywiście wiedziałem, kim była i jak znaczące miejsce zajmowała w literaturze skandynawskiej ubiegłego stulecia. Wiedziałem też, że otrzymała Nagrodę Nobla właśnie za swoje wielkie powieści średniowieczne.

Choć więc w żadnym razie nie byłem znawcą Sigrid Undset, przez wiele lat przeczytałem niemało literatury norweskiej, zarówno w oryginale, jak i w przekładach. Moja żona i ja mamy norweskich przyjaciół, wielokrotnie byłem w Norwegii, a nawet próbowałem tam jeździć na nartach - skończyło się jednak na czterystu metrach biegu, zanim, mocno poobijany, musiałem zrezygnować.

Krótko mówiąc, moje przygotowanie do tego zadania było niewielkie i mimo wszystko niezupełnie oczywiste. Przez całe swoje życie tłumacza fascynowało mnie jednak szczególne zadanie, jakim jest przekład klasyki. Istnieje tutaj podwójny dystans — zarówno językowy, jak i czasowy - ze wszystkim, co się z tym wiąże, i trzeba próbować budować nad nimi podwójne mosty. Udało mi się to chyba na tyle dobrze, że proszono mnie o kolejne tego rodzaju prace i z biegiem lat na nowo przełożyłem tak różnych klasyków jak Goethe, Thomas Mann, Brecht, Kleist, Czechow i Dickens, a także wszystkie 37 sztuk Williama Shakespeare’a. Pod tym względem czułem się więc przygotowany na to wyzwanie.

Mimo to wciąż zadawałem sobie pytanie - i zapytałem również wydawnictwo: dlaczego właśnie ja? W Danii jest przecież kilku tłumaczy mających znacznie większe doświadczenie w przekładaniu z norweskiego. Gyldendal jednak obstawał przy swoim.

Powiedziałem więc „tak”. Pokusa była zbyt wielka.

Wydawnictwo dostarczyło mi najnowsze, piękne, oprawne wydanie Aschehoug z 2018 roku. Jest wielkie jak Biblia ołtarzowa, liczy 1007 stron i waży dwa kilogramy, dlatego moja redaktorka wolała przynieść mi je osobiście, zamiast wysyłać pocztą - i kiedy położyła je na moim biurku, wyglądało zarazem zachęcająco i groźnie.

Istnieje starszy duński przekład Krystyny, córki Lavransa, wykonany przez pisarza, redaktora i tłumacza Pedera Hesselaa. Ukazał się w 1940 roku. Przejrzałem jedynie niewielki jego fragment i nie czytałem go również po ukończeniu własnego przekładu. Mam złe doświadczenia z czytaniem wcześniejszych przekładów dzieł, nad którymi sam pracuję - człowiek ryzykuje, że albo zbyt mocno ulegnie stylistycznym wyborom poprzednika, albo przeciwnie, zacznie się im świadomie przeciwstawiać tylko dlatego, że za wszelką cenę chce zrobić coś inaczej. Żadne z tych rozwiązań nie jest twórcze.

Wolę, aby proces tłumaczenia był sprawą rozgrywającą się pomiędzy mną a dziełem. Ważne jest wsłuchiwanie się w to, jaka była intencja autora, co było dla niego najistotniejsze, a następnie próba podążania za nim tak wiernie, jak tylko się da - chyba że istnieją zupełnie inne względy, które trzeba uwzględnić.

________

Tłumacz bardzo szybko odkrył, że w przypadku Krystyny nie wystarczy przełożyć tego, co Undset mówi. Trzeba jeszcze ocalić sposób, w jaki mówi.

Wydawca chciał, aby nowy przekład był przystępniejszy również dla młodych czytelników. Brunse zgodził się na pewne ustępstwa, ale postawił granicę:

„Powieść jest literaturą klasy noblowskiej, a nie tylko dobrą historią, którą można przepisać według własnego uznania”

To zdanie właściwie streszcza cały jego stosunek do Undset.

Jej archaiczny język nie jest bowiem kostiumem narzuconym na współczesną historię. Jest częścią świata powieści. Brunse zwraca uwagę na fascynującą rzecz: Undset bardzo świadomie unika słów obcego pochodzenia, które nie należałyby do językowego świata średniowiecznej Norwegii. Wiele zupełnie zwyczajnych dla nas określeń psychologicznych brzmiałoby w Krystynie fałszywie. Wyjątkiem pozostaje terminologia katolicka - łacińskie nazwy godzin kanonicznych czy pojęcia związane z życiem klasztornym są przecież organiczną częścią rzeczywistości jej bohaterów.

Jeszcze ciekawszy jest przykład słowa „rodzina”. Brunse zauważa, że na ponad tysiącu stron oryginalnej Krystyny słowo odpowiadające naszemu współczesnemu pojęciu „rodziny” nie pojawia się ani razu. Zamiast niego istnieje cały świat określeń opisujących krewnych, pokrewieństwo, ród i pochodzenie. To nie jest drobiazg językowy. To ślad zupełnie innego sposobu myślenia o człowieku - człowieku istniejącym w sieci zobowiązań wobec żyjących krewnych, przodków i rodu.

A jednak Brunse nie chce zamieniać przekładu w muzeum dawnych słów. Opowiada, jak pół dnia poszukiwał starego duńskiego określenia niewielkiego mostu z pni drzew. Znalazł je - i… zrezygnował. Zrozumiał bowiem, że niemal żaden współczesny Duńczyk go nie zna. Napisał więc po prostu „wąski most”.

Opowieść miała zwyciężyć nad terminologią.

Najbardziej fascynuje mnie jednak jego uwaga dotycząca rytmu prozy Undset. Brunse poprosił wydawnictwo, aby pozwolono mu zachować jej niezwykłą interpunkcję: małą liczbę przecinków, liczne myślniki, długie frazy.

Bo język - jak pisze - ma również swoje brzmienie.

Undset potrafi prowadzić zdanie długimi, giętkimi, nieprzerwanymi pasażami. Myślniki działają w nich niemal jak znaki pauzy w zapisie muzycznym: pozwalają zaczerpnąć oddechu, zatrzymać się na moment, pomyśleć. Dlatego czasem Brunse wolał przebudować całe zdanie niż zastąpić jedno trudne słowo łatwiejszym, jeśli zamiana niszczyłaby jego rytm.

To bardzo piękna lekcja o przekładzie. Można bowiem przełożyć wszystkie słowa poprawnie, zachować wydarzenia, dialogi i znaczenia - a jednak zgubić pisarza.

Brunse ujmuje rolę tłumacza jeszcze inaczej: tłumacz jest trochę jak aktor. W jego przypadku człowiek XXI wieku musi „zagrać” Sigrid Undset z wieku XX, która sama próbuje oddać głos Krystynie żyjącej w wieku XIV.

Pomiędzy nimi rozciąga się sześćset lat.

A zadaniem tłumacza jest zbudować przez ten czas most - na tyle mocny, aby współczesny czytelnik mógł po nim przejść, ale na tyle dyskretny, żeby po drugiej stronie rzeczywiście czekał na niego świat Sigrid Undset, a nie świat tłumacza.


_____

Tekst na podstawie: Niels Brunse, At oversætte Kristin Lavransdatter til dansk i 2020’erne, „Gymnadenia”. Tekst jest skróconą i zredagowaną wersją wystąpienia wygłoszonego podczas seminarium poświęconego przekładom Undset w Bjerkebæk 23 maja 2023 r.


Komentarze

  1. Ależ ciekawy artykuł! To niezwykle pasjonujący temat. Ileż dróg musi przejść tłumacz, by dobrze oddać nie dość, że sens, to jeszcze charakter pióra pisarza. Miałam kiedyś okazję wcielić się w rolę tłumaczki przekładając fragment powieści Zofii Kossak na język francuski do pracy licencjackiej. Nie jest to łatwe. Czasem potrzeba wielu godzin nad kilkoma zdaniami... Podziwiam tłumaczy, którzy wkładają wiele serca i trudu q swoje przekłady. Praca cicha, ale jakże odpowiedzialna...

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Polecane posty

Copyright © Mama lingwistka