„Jej dzieła stoją niczym kryształowe domy…” - pamięci Gertrud von le Fort
Godziny
popołudniowe, w których dawniej zwykliśmy się spotykać, nie były już
odpowiednie, ponieważ dziewięćdziesięciodwuletnia pisarka o tej porze dnia była
już nazbyt zmęczona. Dlatego też uzgodniliśmy z jej sekretarką, baronówną
Eleonore von la Chevallerie, następczynią siostry Anneliese, że przyjdziemy w
południe.
Z kwiatami w rękach
pospieszyliśmy do domu w Haslach, którego szeroki, masywny komin przypominał
jedną z wież szlacheckich średniowiecznych miast włoskich. Przed domem było
bardzo ślisko, musieliśmy więc ostrożnie omijać zalegające tam płaty lodu. W
górnym oknie klatki schodowej poruszyła się firanka: baronówna nas zauważyła.
Panna Lore, jak
baronowa nazywała swoją sekretarkę, zeszła po schodach i otworzyła nam drzwi
wejściowe.
– Nowa książka jest
już gotowa – powiedziała – ale niemało było z nią kłopotów. Baronowa nie
ponumerowała stron rękopisu, kartki się pomieszały i musiałam włożyć sporo
wysiłku, żeby przywrócić im właściwą kolejność.
Weszliśmy razem na
górę. Wzdłuż ściany towarzyszyły nam ciemne ryciny przedstawiające Rzym. Na
piętrze, przy balustradzie schodów, znajdowała się garderoba. Przez otwarte
drzwi można było zajrzeć do biblioteki. Na szafkach ustawionych wzdłuż
korytarza stały znajome pamiątki, wśród nich kunsztownie wykonana świeca
ozdobiona postaciami dwóch aniołów podtrzymujących wieniec.
Zaprowadzono nas do
salonu po zachodniej stronie domu, którego wielkie drzwi wychodziły na balkon
od południa.
– Oto i nasi
goście! – powiedziała baronówna.
Gertrud von le Fort
siedziała przy biurku. Jej sylwetka była szczupła i delikatna, a ona sama
wydawała się drobniejsza niż dawniej. Odwróciła się i z trudem podniosła. Na
jej twarzy odcisnęło się piętno podeszłego wieku, a niegdyś tak bujne włosy
wyraźnie przerzedły się. W jej wyrazie twarzy i gestach pojawiło się coś
dziecięcego, niemal bezradnego. Oczy wydawały się nieco bardziej zmęczone,
zachowały jednak dawną, uduchowioną jasność spojrzenia.
Podeszła do nas i
powitała nas z wielką serdecznością. Przysunęła krzesło do stołu i usiadła
naprzeciwko nas, znacznie bliżej niż miała to w zwyczaju dawniej. Jej słuch
najwyraźniej nie był już tak dobry. Magdalena wyraziła zdumienie wspaniałą
araukarią stojącą w kącie pokoju, której wierzchołek zbliżył się już na jakieś
trzydzieści centymetrów do sufitu.
– Widzą ją państwo?
– zapytała baronowa. – Dla mnie ludzie, którzy mnie odwiedzają, dzielą się na
dwie grupy: tych, którzy ją dostrzegają, i tych, którzy jej nie zauważają. W
przyszłym roku dosięgnie już sufitu. Ale można temu zaradzić, stawiając ją
nieco niżej.
Siedzieliśmy więc
przy stole, a ja pozwoliłem spojrzeniu powędrować po pokoju. Na przeciwległej
ścianie wisiała dobrze mi znana twarz matki, o której śmierci baronowa opowiada
w swojej książeczce „Hälfte des Lebens” („Połowa życia”). Uderzyła nas przede wszystkim
wielka rycina przedstawiająca Panteon. Na komodzie za naszymi plecami stała
Katarzyna ze Sieny, a dalej – Heidelberg!
Otaczały nas, jak
zawsze, obrazy związane z twórczością pisarki. Teraz jednak jej dzieło było już
ukończone.
Poza balkonowym
oknem rozciągał się świat gór Oberstdorfu spowity mgłą. Stopniowo zasłona
stawała się coraz cieńsza, światło coraz jaśniejsze, aż wreszcie słońce
przesłało do wnętrza słaby promień.
– Jakże się cieszę,
że po tak długim czasie znów państwa widzę!
Tymi słowami
Gertrud nas powitała. Teraz opowiedziała, że przez długi czas czuła się całkiem
dobrze, lecz musiała znosić wysiłek związany z licznymi odwiedzinami. Pewnego
dnia, wyczerpana po kolejnych wizytach, upadła, i to tak nieszczęśliwie, że
doznała pęknięcia kości lewego przedramienia. Uraz jednak zagoił się tak
dobrze, a ręka odzyskała sprawność w tak niezwykłym stopniu, że lekarz nie mógł
wyjść ze zdumienia.
– Każę
sfotografować pani rękę i wystawię jej zdjęcie w mojej gablocie – powiedział. –
Nigdy jeszcze nie widziałem tak całkowitego i pomyślnego wygojenia.
Pokazała nam rękę z
widoczną dumą, mówiąc, jak pięknie się zagoiła i że niemal nie różni się od
prawej.
– Wstrząs osłabił
mi również nogi, tak że chodzenie sprawia mi trudność.
W ten sposób
próbowała wyjaśnić, a zarazem ukryć, stopniową utratę sił. Zapytaliśmy o jej
książkę, kiedy ma się ukazać.
– Kiedy się ukaże –
odpowiedziała – tego nie potrafię powiedzieć. Właśnie wysyłam rękopis do
wydawnictwa. To krótkie opowiadanie, którego tematem są różnice wyznaniowe.
Osierocona dziewczynka wychowuje się u wuja i ciotki. Ciotka jest konwertytką
i, jak to bywa z takimi ludźmi, nieco przesadnie gorliwą. Chciałaby uczynić
dziewczynkę bezwzględnie katolicką. Dziecko jednak jest bardzo przywiązane do
matki i pragnie ją odnaleźć. Dawniej chodziło z nią zawsze do katedry w
Magdeburgu, obecnie protestanckiej, i tam się z nią modliło. Teraz właśnie do
tej katedry tęskni dziewczynka. Nie potrafi odnaleźć się w katolickim
nabożeństwie, z jego łacińską liturgią, do uczestnictwa w którym zmusza ją
ciotka. Jest jednak jeszcze drugi wuj, człowiek niewierzący, niezwiązany z
żadnym wyznaniem i nieuczęszczający do kościoła, ale mający dobre serce. Pewnego
dnia spotyka dziewczynkę w bocznej uliczce miasta i pyta:
– Dokąd chcesz iść?
Odpowiada, że
chciałaby pójść do katedry, bo ma nadzieję odnaleźć tam matkę. Wuj odprowadza
dziecko do katedry. Dziewczynka wchodzi tam do ławki, w której dawniej
siedziała z matką, podczas gdy wuj ogląda artystyczne skarby świątyni. Ale
dziecko nie znajduje już matki i wybucha rozpaczliwym płaczem. Wuja ogarnia
współczucie. Podchodzi do dziewczynki, składa jej rączki w swoich dłoniach i
modli się razem z nią. Wtedy dziecko mówi:
– Mojej matki już
tu nie ma, ale zdaje mi się, że znalazłam ojca.
W tym miejscu
wzruszenie przemogło opowiadającą. Jej policzki zadrżały, a usta zaczęły drżeć.
Z wielkim trudem zdołała zachować panowanie nad sobą. Było to tak…
Odkąd ją znaliśmy,
nigdy jeszcze nie widzieliśmy jej w takim stanie. Poruszony spuściłem wzrok. Zrozumiałem,
że siła jej ducha została złamana. W czasie dalszej rozmowy kilkakrotnie
zamierzaliśmy już się pożegnać, pamiętając o jej wyznaniu, jak bardzo męczą ją
odwiedziny. Ona jednak stanowczo nas zatrzymywała.
– Mamy sobie
jeszcze tyle do powiedzenia – przekonywała.
Kiedy po upływie
godziny wreszcie podnieśliśmy się, by się pożegnać, nie pozwoliła sobie odmówić
odprowadzenia nas, jak czyniła to zawsze, aż do balustrady schodów. Przez
krótki odcinek, do drzwi salonu, pozwoliła mi się prowadzić, potem jednak
uwolniła ramię i posuwała się dalej, podpierając się o ścianę korytarza i
gzymsy szafek, aż dotarła do balustrady schodów.
Pożegnanie
powtarzało się kilkakrotnie i było niezwykle serdeczne. Mieliśmy wrażenie,
jakbyśmy widzieli się po raz ostatni! Schodząc po schodach, jeszcze kilka razy
machaliśmy do niej na pożegnanie. Stała przy balustradzie i odpowiadała na
nasze pozdrowienia.
Wreszcie drzwi domu
zamknęły się za nami i wyszliśmy na oblodzoną ulicę. Mgła ustąpiła, Oberstdorf
tonął w jasnym zimowym świetle.
Jak zawsze
odchodziliśmy z podniesionym sercem. A jednak jakże inna była ta wizyta od
wszystkich poprzednich! Ta wielka kobieta stała się dzieckiem. Było w tym coś
wzruszającego i przejmującego. Co więcej, niemal wydawało nam się, jakby już
umarła i pozostała jedynie zjawą, która ukazuje się na krótką chwilę, w
rzeczywistości zaś oddaliła się w niedostępną dal.
Trzy lata później
zbliżałem się do końca siedemdziesiątego roku życia. Gertrud von le Fort
oddaliła się już od nas w półmrok podeszłego wieku.
Na początku 1971
roku w gazecie ukazała się wzmianka o zbliżającej się rocznicy moich urodzin.
Wiadomość ta dotarła do uszu sędziwej pisarki. Sądząc, że moje urodziny są już
blisko, sięgnęła po swój niedawno wydany tom poezji i słabnącym wzrokiem,
drżącą ręką wpisała dedykację: „Mojemu drogiemu przyjacielowi Arthurowi
Maximilianowi Millerowi z okazji siedemdziesiątych urodzin…” Użyła flamastra,
aby móc jeszcze choć trochę dostrzec własne pismo, a brzegu kartki musiała
szukać dotykiem. Ze wzruszeniem patrzyłem na rozpadające się, nierówne słowa. Potem
napisałem do niej swój ostatni list:
Kornau, 10 maja
1971 roku
Wielce Szanowna,
Droga Przyjaciółko!
Dedykacja w Pani
drogocennym tomie poezji głęboko mnie poruszyła i wzruszyła. Proszę przyjąć
moje najserdeczniejsze podziękowania! Są to pierwsze życzenia z okazji moich
zbliżających się siedemdziesiątych urodzin i zarazem pozostaną dla mnie
najcenniejsze i najdroższe. Wspólnie z Panią spoglądam wstecz na trzydzieści
lat naszej przyjaźni… Pani twórczość przeniknęła nas do głębi i pozostaje w nas
żywa. Wiemy, że w duchu pozostaniemy ze sobą złączeni ponad wszelkimi
granicami.
Kiedy rok zaczął
chylić się ku końcowi, słabły również siły życiowe sędziwej pisarki. Ostatnia
próba ponownego spotkania z nią nie powiodła się. Wątpiono, czy dożyje swoich
dziewięćdziesiątych piątych urodzin. Dożyła ich jednak, a nawet mogła je
obchodzić w atmosferze cichej serdeczności. Potem jednak jej światło zaczęło
przygasać, aż w uroczystość Wszystkich Świętych zgasło bezszelestnie.
Do baronówny Eleonore von la Chevallerie
Oberstdorf, Im Haslach 9
Kornau, 4 listopada
1971 roku
Wielce Szanowna,
Droga Baronówno!
Wszyscy
przeczuwaliśmy, wszyscy wiedzieliśmy, że to nastąpi: dziś albo jutro odejdzie
od nas ta wielka kobieta, której duch unosił się nad nami niczym opiekuńcza
siła. A jednak kiedy to się stało, nasze serca doznały głębokiego wstrząsu. To
prawda, że już od dawna była dla nas jakby oddalona. Podeszły wiek opuścił na
jej istotę zasłonę, która skrywała ją przed naszymi oczami. Być może zdarzyłyby
się jeszcze chwile, w których moglibyśmy przeniknąć tę oddzielającą nas dal,
lecz takie chwile nie były nam już dane. Teraz zrzuciła z siebie coraz bardziej
ciążące jej więzy ciała. Czuję, jakby rozlała się nad wszystkim niczym wielkie
światło. Światło to pozostanie z nami, będzie nas pocieszać i otaczać opieką.
Jej dzieła stoją
niczym kryształowe domy, z których najgłębszych komnat promieniuje Boża miłość.
Kiedy Bóg pewnego dnia będzie ważył zasługi i winy naszych czasów, spojrzy na
życie i dzieło tej kobiety, a Jego surowość złagodnieje.
Ziarno światła,
które rozsiała, będzie kiełkować i wzrastać dalej, ku apokaliptycznej
przyszłości. Pewnego dnia o Niemczech powiedzą: miały swoją Gertrud von le
Fort.
My, którzy
pozostaliśmy, zostaliśmy zarazem zubożeni i obdarowani: zubożeni przez utratę
tego, co w niej śmiertelne, obdarowani tym, co w niej nieśmiertelne.
Myślę o niej,
przywołując następujące wersy:
Śmierć nie odebrała
nam ciebie,
lecz nam ciebie podarowała.
Gertrud von le Fort zmarła 1 listopada 1971 roku w Oberstdorfie, w uroczystość Wszystkich Świętych, w wieku 95 lat. Została pochowana na miejscowym cmentarzu.
Tuż obok niej spoczywa Arthur Maximilian Miller (1901–1992), pisarz i poeta, wieloletni przyjaciel Gertrud von le Fort, który pozostawił niezwykle poruszające wspomnienia z ostatnich lat jej życia. Sąsiedztwo ich grobów, widoczne na fotografii, stanowi wymowne świadectwo przyjaźni, która połączyła ich na kilkadziesiąt lat.

Komentarze
Prześlij komentarz