TRYB JASNY/CIEMNY

Translate

„Jej dzieła stoją niczym kryształowe domy…” - pamięci Gertrud von le Fort

 

Zdjęcie: Aleksandra Chylewska-Tölle


W piątek, 1 marca 1968 roku, złożyliśmy Gertrud von le Fort jedną z naszych ostatnich wizyt.

Godziny popołudniowe, w których dawniej zwykliśmy się spotykać, nie były już odpowiednie, ponieważ dziewięćdziesięciodwuletnia pisarka o tej porze dnia była już nazbyt zmęczona. Dlatego też uzgodniliśmy z jej sekretarką, baronówną Eleonore von la Chevallerie, następczynią siostry Anneliese, że przyjdziemy w południe.

Z kwiatami w rękach pospieszyliśmy do domu w Haslach, którego szeroki, masywny komin przypominał jedną z wież szlacheckich średniowiecznych miast włoskich. Przed domem było bardzo ślisko, musieliśmy więc ostrożnie omijać zalegające tam płaty lodu. W górnym oknie klatki schodowej poruszyła się firanka: baronówna nas zauważyła.

Panna Lore, jak baronowa nazywała swoją sekretarkę, zeszła po schodach i otworzyła nam drzwi wejściowe.

– Nowa książka jest już gotowa – powiedziała – ale niemało było z nią kłopotów. Baronowa nie ponumerowała stron rękopisu, kartki się pomieszały i musiałam włożyć sporo wysiłku, żeby przywrócić im właściwą kolejność.

Weszliśmy razem na górę. Wzdłuż ściany towarzyszyły nam ciemne ryciny przedstawiające Rzym. Na piętrze, przy balustradzie schodów, znajdowała się garderoba. Przez otwarte drzwi można było zajrzeć do biblioteki. Na szafkach ustawionych wzdłuż korytarza stały znajome pamiątki, wśród nich kunsztownie wykonana świeca ozdobiona postaciami dwóch aniołów podtrzymujących wieniec.

Zaprowadzono nas do salonu po zachodniej stronie domu, którego wielkie drzwi wychodziły na balkon od południa.

– Oto i nasi goście! – powiedziała baronówna.

Gertrud von le Fort siedziała przy biurku. Jej sylwetka była szczupła i delikatna, a ona sama wydawała się drobniejsza niż dawniej. Odwróciła się i z trudem podniosła. Na jej twarzy odcisnęło się piętno podeszłego wieku, a niegdyś tak bujne włosy wyraźnie przerzedły się. W jej wyrazie twarzy i gestach pojawiło się coś dziecięcego, niemal bezradnego. Oczy wydawały się nieco bardziej zmęczone, zachowały jednak dawną, uduchowioną jasność spojrzenia.

Podeszła do nas i powitała nas z wielką serdecznością. Przysunęła krzesło do stołu i usiadła naprzeciwko nas, znacznie bliżej niż miała to w zwyczaju dawniej. Jej słuch najwyraźniej nie był już tak dobry. Magdalena wyraziła zdumienie wspaniałą araukarią stojącą w kącie pokoju, której wierzchołek zbliżył się już na jakieś trzydzieści centymetrów do sufitu.

– Widzą ją państwo? – zapytała baronowa. – Dla mnie ludzie, którzy mnie odwiedzają, dzielą się na dwie grupy: tych, którzy ją dostrzegają, i tych, którzy jej nie zauważają. W przyszłym roku dosięgnie już sufitu. Ale można temu zaradzić, stawiając ją nieco niżej.

Siedzieliśmy więc przy stole, a ja pozwoliłem spojrzeniu powędrować po pokoju. Na przeciwległej ścianie wisiała dobrze mi znana twarz matki, o której śmierci baronowa opowiada w swojej książeczce „Hälfte des Lebens” („Połowa życia”). Uderzyła nas przede wszystkim wielka rycina przedstawiająca Panteon. Na komodzie za naszymi plecami stała Katarzyna ze Sieny, a dalej – Heidelberg!

Otaczały nas, jak zawsze, obrazy związane z twórczością pisarki. Teraz jednak jej dzieło było już ukończone.

Poza balkonowym oknem rozciągał się świat gór Oberstdorfu spowity mgłą. Stopniowo zasłona stawała się coraz cieńsza, światło coraz jaśniejsze, aż wreszcie słońce przesłało do wnętrza słaby promień.

– Jakże się cieszę, że po tak długim czasie znów państwa widzę!

Tymi słowami Gertrud nas powitała. Teraz opowiedziała, że przez długi czas czuła się całkiem dobrze, lecz musiała znosić wysiłek związany z licznymi odwiedzinami. Pewnego dnia, wyczerpana po kolejnych wizytach, upadła, i to tak nieszczęśliwie, że doznała pęknięcia kości lewego przedramienia. Uraz jednak zagoił się tak dobrze, a ręka odzyskała sprawność w tak niezwykłym stopniu, że lekarz nie mógł wyjść ze zdumienia.

– Każę sfotografować pani rękę i wystawię jej zdjęcie w mojej gablocie – powiedział. – Nigdy jeszcze nie widziałem tak całkowitego i pomyślnego wygojenia.

Pokazała nam rękę z widoczną dumą, mówiąc, jak pięknie się zagoiła i że niemal nie różni się od prawej.

– Wstrząs osłabił mi również nogi, tak że chodzenie sprawia mi trudność.

W ten sposób próbowała wyjaśnić, a zarazem ukryć, stopniową utratę sił. Zapytaliśmy o jej książkę, kiedy ma się ukazać.

– Kiedy się ukaże – odpowiedziała – tego nie potrafię powiedzieć. Właśnie wysyłam rękopis do wydawnictwa. To krótkie opowiadanie, którego tematem są różnice wyznaniowe. Osierocona dziewczynka wychowuje się u wuja i ciotki. Ciotka jest konwertytką i, jak to bywa z takimi ludźmi, nieco przesadnie gorliwą. Chciałaby uczynić dziewczynkę bezwzględnie katolicką. Dziecko jednak jest bardzo przywiązane do matki i pragnie ją odnaleźć. Dawniej chodziło z nią zawsze do katedry w Magdeburgu, obecnie protestanckiej, i tam się z nią modliło. Teraz właśnie do tej katedry tęskni dziewczynka. Nie potrafi odnaleźć się w katolickim nabożeństwie, z jego łacińską liturgią, do uczestnictwa w którym zmusza ją ciotka. Jest jednak jeszcze drugi wuj, człowiek niewierzący, niezwiązany z żadnym wyznaniem i nieuczęszczający do kościoła, ale mający dobre serce. Pewnego dnia spotyka dziewczynkę w bocznej uliczce miasta i pyta:

– Dokąd chcesz iść?

Odpowiada, że chciałaby pójść do katedry, bo ma nadzieję odnaleźć tam matkę. Wuj odprowadza dziecko do katedry. Dziewczynka wchodzi tam do ławki, w której dawniej siedziała z matką, podczas gdy wuj ogląda artystyczne skarby świątyni. Ale dziecko nie znajduje już matki i wybucha rozpaczliwym płaczem. Wuja ogarnia współczucie. Podchodzi do dziewczynki, składa jej rączki w swoich dłoniach i modli się razem z nią. Wtedy dziecko mówi:

– Mojej matki już tu nie ma, ale zdaje mi się, że znalazłam ojca.

W tym miejscu wzruszenie przemogło opowiadającą. Jej policzki zadrżały, a usta zaczęły drżeć. Z wielkim trudem zdołała zachować panowanie nad sobą. Było to tak…

Odkąd ją znaliśmy, nigdy jeszcze nie widzieliśmy jej w takim stanie. Poruszony spuściłem wzrok. Zrozumiałem, że siła jej ducha została złamana. W czasie dalszej rozmowy kilkakrotnie zamierzaliśmy już się pożegnać, pamiętając o jej wyznaniu, jak bardzo męczą ją odwiedziny. Ona jednak stanowczo nas zatrzymywała.

– Mamy sobie jeszcze tyle do powiedzenia – przekonywała.

Kiedy po upływie godziny wreszcie podnieśliśmy się, by się pożegnać, nie pozwoliła sobie odmówić odprowadzenia nas, jak czyniła to zawsze, aż do balustrady schodów. Przez krótki odcinek, do drzwi salonu, pozwoliła mi się prowadzić, potem jednak uwolniła ramię i posuwała się dalej, podpierając się o ścianę korytarza i gzymsy szafek, aż dotarła do balustrady schodów.

Pożegnanie powtarzało się kilkakrotnie i było niezwykle serdeczne. Mieliśmy wrażenie, jakbyśmy widzieli się po raz ostatni! Schodząc po schodach, jeszcze kilka razy machaliśmy do niej na pożegnanie. Stała przy balustradzie i odpowiadała na nasze pozdrowienia.

Wreszcie drzwi domu zamknęły się za nami i wyszliśmy na oblodzoną ulicę. Mgła ustąpiła, Oberstdorf tonął w jasnym zimowym świetle.

Jak zawsze odchodziliśmy z podniesionym sercem. A jednak jakże inna była ta wizyta od wszystkich poprzednich! Ta wielka kobieta stała się dzieckiem. Było w tym coś wzruszającego i przejmującego. Co więcej, niemal wydawało nam się, jakby już umarła i pozostała jedynie zjawą, która ukazuje się na krótką chwilę, w rzeczywistości zaś oddaliła się w niedostępną dal.

Trzy lata później zbliżałem się do końca siedemdziesiątego roku życia. Gertrud von le Fort oddaliła się już od nas w półmrok podeszłego wieku.

Na początku 1971 roku w gazecie ukazała się wzmianka o zbliżającej się rocznicy moich urodzin. Wiadomość ta dotarła do uszu sędziwej pisarki. Sądząc, że moje urodziny są już blisko, sięgnęła po swój niedawno wydany tom poezji i słabnącym wzrokiem, drżącą ręką wpisała dedykację: „Mojemu drogiemu przyjacielowi Arthurowi Maximilianowi Millerowi z okazji siedemdziesiątych urodzin…” Użyła flamastra, aby móc jeszcze choć trochę dostrzec własne pismo, a brzegu kartki musiała szukać dotykiem. Ze wzruszeniem patrzyłem na rozpadające się, nierówne słowa. Potem napisałem do niej swój ostatni list:

Kornau, 10 maja 1971 roku

Wielce Szanowna, Droga Przyjaciółko!

Dedykacja w Pani drogocennym tomie poezji głęboko mnie poruszyła i wzruszyła. Proszę przyjąć moje najserdeczniejsze podziękowania! Są to pierwsze życzenia z okazji moich zbliżających się siedemdziesiątych urodzin i zarazem pozostaną dla mnie najcenniejsze i najdroższe. Wspólnie z Panią spoglądam wstecz na trzydzieści lat naszej przyjaźni… Pani twórczość przeniknęła nas do głębi i pozostaje w nas żywa. Wiemy, że w duchu pozostaniemy ze sobą złączeni ponad wszelkimi granicami.

Kiedy rok zaczął chylić się ku końcowi, słabły również siły życiowe sędziwej pisarki. Ostatnia próba ponownego spotkania z nią nie powiodła się. Wątpiono, czy dożyje swoich dziewięćdziesiątych piątych urodzin. Dożyła ich jednak, a nawet mogła je obchodzić w atmosferze cichej serdeczności. Potem jednak jej światło zaczęło przygasać, aż w uroczystość Wszystkich Świętych zgasło bezszelestnie.

Do baronówny Eleonore von la Chevallerie
Oberstdorf, Im Haslach 9

Kornau, 4 listopada 1971 roku

Wielce Szanowna, Droga Baronówno!

Wszyscy przeczuwaliśmy, wszyscy wiedzieliśmy, że to nastąpi: dziś albo jutro odejdzie od nas ta wielka kobieta, której duch unosił się nad nami niczym opiekuńcza siła. A jednak kiedy to się stało, nasze serca doznały głębokiego wstrząsu. To prawda, że już od dawna była dla nas jakby oddalona. Podeszły wiek opuścił na jej istotę zasłonę, która skrywała ją przed naszymi oczami. Być może zdarzyłyby się jeszcze chwile, w których moglibyśmy przeniknąć tę oddzielającą nas dal, lecz takie chwile nie były nam już dane. Teraz zrzuciła z siebie coraz bardziej ciążące jej więzy ciała. Czuję, jakby rozlała się nad wszystkim niczym wielkie światło. Światło to pozostanie z nami, będzie nas pocieszać i otaczać opieką.

Jej dzieła stoją niczym kryształowe domy, z których najgłębszych komnat promieniuje Boża miłość. Kiedy Bóg pewnego dnia będzie ważył zasługi i winy naszych czasów, spojrzy na życie i dzieło tej kobiety, a Jego surowość złagodnieje.

Ziarno światła, które rozsiała, będzie kiełkować i wzrastać dalej, ku apokaliptycznej przyszłości. Pewnego dnia o Niemczech powiedzą: miały swoją Gertrud von le Fort.

My, którzy pozostaliśmy, zostaliśmy zarazem zubożeni i obdarowani: zubożeni przez utratę tego, co w niej śmiertelne, obdarowani tym, co w niej nieśmiertelne.

Myślę o niej, przywołując następujące wersy:

Śmierć nie odebrała nam ciebie,
lecz nam ciebie podarowała.

 

fragment książki Arthura Maximiliana Millera "Listy przyjaźni z Gertrud von le Fort". 

Gertrud von le Fort zmarła 1 listopada 1971 roku w Oberstdorfie, w uroczystość Wszystkich Świętych, w wieku 95 lat. Została pochowana na miejscowym cmentarzu.

Tuż obok niej spoczywa Arthur Maximilian Miller (1901–1992), pisarz i poeta, wieloletni przyjaciel Gertrud von le Fort, który pozostawił niezwykle poruszające wspomnienia z ostatnich lat jej życia. Sąsiedztwo ich grobów, widoczne na fotografii, stanowi wymowne świadectwo przyjaźni, która połączyła ich na kilkadziesiąt lat.

Komentarze

Polecane posty

Copyright © Mama lingwistka